
Biuletyn Fotograficzny powstał w Krakowie i ukazuje się regularnie
od 2002 r.; jest miesięcznikiem ogólnopolskim sprzedawanym w sieci EMPIK, galeriach oraz w internecie (sprzedaz redakcyjna, ksiegarnia F5). Poprzez prenumeratę dociera do czytelników w całym kraju (w prenumeracie zbiorowej do słuchaczy i studentów szkół fotograficznych i artystycznych).
Wydawcą BF jest Irys Studio Krakow.
Uwaga!
Miesięcznik “Biuletyn Fotograficzny” od czerwca 2009
nie ma nic wspólnego z serwisem internetowym SwiatObrazu.pl i s-ka KAF B. Słota
Redakcja:
31-101 Krakow
ul. Powisle 12/13
Redaktor Naczelna: Maja Herzog
z-ca Red. Naczelnej: Marta Eloy Cichocka
Kontakt
600 461 571
redakcja@biuletynfotograficzny.pl
************************************************************************************************************************
ARTYKULY REDAKTOROW BF
Marta Eloy Cichocka:
1. http://tygodnikfotograficzny.pl/fotoswiat/artykul/a/Ballada-o-Susan-i-Annie,72.html?fs=72&strona=0
2. http://tygodnikfotograficzny.pl/fotoswiat/artykul/a/Miedzy-Paryzem-a-pustyni,104.html?fs=104&strona=0
3. http://tygodnikfotograficzny.pl/fotoswiat/artykul/a/Fotografia-w-cenie,105.html?fs=105&strona=0
Maja Herzog
1. http://wyborcza.pl/kapuscinski/1,104743,7668593,Maja_Herzog__Nie_fotografowal__nie_opisywal__Tylko.html
*************************************************************************************************************************
TEKSTY
“Oko na FotoArtFestiwal”
świat jest bogaty i nie może być martwym, niefunkcjonującym księgozbiorem gotowym w myśli, bo taki niszczeje i ubożeje z dnia na dzień. (barbara skarga*)
Naprawdę bardzo lubię FotoArtFestiwal. Może dlatego, że każe na siebie czekać dłużej niż inne festiwale, nachalnie konkurujące i wydzierające sobie nawzajem publiczność? Może dlatego, że jego organizatorzy w rozsyłanych materiałach prasowych nie zaczynają każdego zdania od naj-, ale na dobre oceny publiczności i artystów mozolnie sobie zapracowali widocznie podnosząc poziom z edycji na edycję? Bielskie biennale usunęło się z wiosennego, festiwalowego zgiełku w październikowy cień jesiennych wieczorów i po sześciu latach cieszy się opinią najciekawszego fotograficznego wydarzenia w Polsce. I bynajmniej nie są to kurtuazyjne ukłony recenzentów, którzy – na FAF goszczą głównie fotografowie zagraniczni – mogą wreszcie bezpiecznie pokusić się o rzetelne recenzje bez obawy narażania się tzw. środowisku (sic!).
W Polsce zanika krytyka tak niezbędna dla rozwoju kultury; nie ma w nazwie tej profesji niczego pejoratywnego. Zamiast niej publiczność i twórcy otrzymują lekkostrawną papkę złożoną z powtarzających się PR-owskich frazesów, alfabetycznego spisu autorów ze skopiowanym z internetu biogramem, kilku kuluarowych anegdotek i umizgów do sponsorów. Prawdziwe recenzje są formą niepożądaną, ponieważ z natury swojej obarczają odpowiedzialnością: doceniają sukces wskazując na jego przyczyny, ale i obnażają niedociągnięcia, które wypunktowane – zamiast stać się pomocą dla animatorów – okazują się powodem środowiskowych waśni, zawiści i niezdrowej rywalizacji.
FotoArtFestiwal przyjmuje krytykę życzliwie, co wyraźnie wychodzi mu na zdrowie.
Jaki jest ten festiwal? Inny. Trwa tylko dwa tygodnie (FAF 2009 rozpoczął się 16 a zakończył 31 X). W Bielsku jest kameralnie i tak trochę „po krakowsku” swojsko (czego nie zawsze można powiedzieć o Miesiącu Fotografii w Krakowie), ale profesjonalnie. Wielu bywalców światowych festiwali w tym momencie się roześmieje, bo przecież tajemnicą poliszynela jest, że do Bielska Białej – z perspektywy Warszawy to miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc – wystawy docierają na ostatni moment, tłumaczenie spotkań z autorami nie zawsze jest na najwyższym poziomie (w tym roku było zupełnie inaczej – tu gratulacje dla obu panów trans-latorów: debiutującego w tej roli Baturo juniora, Mateusza Pastorczyka i wytrawnego dziennikarza Bogdana Frymorgena, związanego z radiem BBC World Service i RMF FM, także fotografa), szwankuje elektronika, a przestrzenie wystawiennicze… są, jakie są.
Jednak powtórzę: FotoArtFestiwal to profesjonalne, ważne wydarzenie – tak uważam i nie jestem w tej opinii odosobniona – którego zazdroszczą Bielsku organizatorzy innych tego typu imprez. O udział w niej zabiegają artyści z całego świata, choć nie ma tu promenady, którą na inaugurację mogliby kroczyć w błyskach fleszy. Zamiast tego w foyer Teatru Polskiego każdego wchodzącego witają serdecznie i – co ważne – osobiście twórcy FAF, Inez i Andrzej Baturowie. I w ten sposób festiwalowy czerwony dywan zastępuje od pierwszej chwili do czerwoności rozgrzewająca się atmosfera: wspólne emocje wielkich artystów i widzów. W spotkaniach z twórcami, od rana do późnego wieczora tłumnie uczestniczy żywo reagująca publiczność biennale. Może dlatego jest tak spontanicznie i wyrozumiale, że organizatorzy przez cały czas pozostają aktorami drugiego planu, a artyści nie chełpią się swoją wielkością? Na FotoArtFestiwalu pierwszą damą jest Fotografia i wszyscy odnoszą się do niej z należnym szacunkiem i pokorą. Ta pokora wobec sztuki fotografii sprawia, że publiczność więcej widzi, wyraźniej słyszy, z ciekawością i otwarcie pyta.
Jak można mówić o profesjonalizmie, marudzą malkontenci, gdy „rozkład jazdy” wymyka się spod kontroli, a słowo moderator jest nad rzeką Biała chyba jeszcze nieznane? No cóż, czasem coś się rzeczywiście wymknie… Na przykład gość-ikona sprawi zawód swoim fanom, jak choćby Marketa Luskacova. Jej czarno-biała twórczość jest imponująca – wybór cudownie ciepłych, przyjaznych człowiekowi, bardziej psychologicznych niż socjologicznych fotografii prezentowany był na wystawie – i ma swoje ugruntowane miejsce w historii światowej fotografii. Jednak barwne projekty z ostatnich lat, pokazane w ramach maratonu autorów są wyraźnie chaotyczne i sprawiały wrażenie braku opanowania medium przez fotografkę. (Gwoli usprawiedliwienia sama autorka wspomniała, że ciągle zmaga się z kolorem i jeszcze go do końca nie opanowała.)
… Albo jakaś wystawa okazuje się pomyłką: chyba jednogłośnie były się nią pejzaże Joela Santosa.
Niemniej 80-90% wystaw FotoArtFestiwalu jest rewelacyjnych: różne dziedziny fotografii, z różnych krajów, kontynentów.
Podczas maratonu twórców nikt się nie wymądrza: autorzy i kuratorzy cierpliwie odpowiadają na pytania – i stąd poślizgi czasowe. Nawet tak chybiony pomysł, jak występ Hulleah J. Tsinhnahjinnie – przybycie „prawdziwej” Indianki było niewątpliwie atrakcją, choć może nie na miarę międzynarodowego festiwalu fotografii – spotkał się z wyrozumiałym przyjęciem publiczności. Prezentacja autorki dotyczyła problemu zniszczonej kultury Indian Ameryki Północnej i próby przywrócenia tej grupie narodowościowej należnego miejsca w społeczeństwie amerykańskim. Jednak przekaz – skądinąd ważny i ciekawy – od strony artystycznej i dokumentalnej wywołał wrażenie propagandowego. A ponieważ propaganda, zwłaszcza w Polsce, ciągle bardzo źle się kojarzy, to odbiór zarówno wystawy – mocno nieczytelnej – jak i przydługiego wykładu nie był zbyt przychylny.
W tym miejscu laurka dla publiczności: dzielnie wytrzymała ponad półtorej godziny starając się nie dać po sobie poznać znużenia.
Nieporozumieniem artystycznym była wspomniana już wyżej wystawa Portugalczyka Joela Santosa. Podczas autorskiej prezentacji fotograf sam sobie poświęcił tak wiele czasu (dobrze ponad godzinę), że teraz mogę spokojnie pominąć milczeniem jego twórczość; tym, co widzieli proponuję jak najprędzej wymazać ją z pamięci.
Zdziwienie, które pojawiało się w rozmowach podczas inauguracyjnego weekendu, dotyczyło prezentacji na FAF nie-fotografii Włocha Giacomo Costy. Jego apokaliptyczne w wyrazie prace – od początku do końca będące grafikami komputerowymi – na pewno warto było zobaczyć, by razem z autorem snuć wizje/refleksje nad przyszłością naszej planety. Mnie jednak bardziej do gustu przypadają i na wyobraźnię oddziałują nagrodzone w 2008 roku na Biennale Architektury w Wenecji fotomontaże Kobasa Laksy. Projekt Hotel Polonia. Budynków życie po życiu (pisała o tym Anna Cymer w “Biuletynie Fotograficznym” 4/2008) tworzą fotografie Nicolasa Grospierre po komputerowej „zmianie” (w przeciwieństwie do prac Costy, które nie mają nic wspólnego z fotografią). Przedstawiają one sześć autentycznych realizacji architektonicznych w formie surrealistycznej, futurystycznej wizji. Ich siłą jest właśnie rzeczywiste istnienie – funkcjonuje przecież naprawdę budynek Biblioteki UW, biurowiec Metropolitan, czy Sanktuarium Matki Bożej w Licheniu. Budowle poddane czasowi, niczym starzejący się człowiek, zmienią się. Jak? Propozycja Laksy jest tylko jednym z wyobrażeń, niczym symulacja „portretu pamięciowego” panny młodej podczas przyszłych, złotych godów. Prawdziwa? Nie wiem, ale możliwa.
Czyje fotografie wzbudziły największy podziw FAF-owskiej publiczności? Nie ma potrzeby wskazywania jednego nazwiska: poziom artystyczny ekspozycji, choć gatunkowo i tematycznie zróżnicowanych, był bardzo wysoki i wyrównany. Wystawy i spotkania z autorami dostarczyły wszystkim wielu wrażeń, emocji i estetycznych przyjemności. Chyba najwyższe uznanie zyskały prace czarno-białe – było aż jedenaście takich projektów. Najczęściej podziwiano Manuela Alvareza Bravo i jego opowieść Meksyk, wspaniałe lata: 1926-1949, skupione portrety Mortena Krokvolda, czy nawiązujące do andyjskich korzeni, intensywne w treści i formie, metaforyczne obrazy Peruwiańczyka Javiera Silvy Meinel’a.
Podczas FAF pokazywana jest zawsze tylko jedna wystawa artysty z Polski. Wycinek ciągle mało znanego dorobku Mariusza Hermanowicza (zmarłego przed rokiem w Paryżu), jednego z najważniejszych polskich twórców XX wieku (Bogdan Konopka uważa go nawet za najważniejszego fotografa ostatniego czterdziestolecia) wzbudziło wielkie zainteresowanie publiczności. Bardzo osobiste i jednocześnie ogromnie ważne jako dokument, a od strony artystycznej wysmakowane, minimalistyczne, są karty jego subiektywnej kroniki / dziennika. Niczym w haiku głęboka refleksją i przesłanie tych opatrzonych komentarzem zdjęć tkwią w szczególe, niuansie, niedomówieniu; docierają głębiej, gdy trafiają na wrażliwego odbiorcę. Prace Hermanowicza pozostawiają uczucie niedosytu. Tym więc większą ciekawość wzbudziła zapowiedź filmu o nim, nad którym przystąpił już do pracy syn artysty, gość FAF.
Przykładem tego, jak wiele o twórcy i jego dziele może przekazać dokument nakręcony przez najbliższą osobę jest film Joakima Stromholma o swoim ojcu, Christerze Stromholmie, zmarłym w 2002 roku. Niezwykle osobiste prace fotografa –przypominają mi trochę Brassaia – podejmują m.in. temat trans-seksualizmu; pozostając sztuką nie tracąc równocześnie walorów dokumentalnych.
Te wartość posiadały także prace Lotysza Egonsa Spurisa (szkoda, że pokazano ich tak dużo – obok jego zdjęć bardzo dobrych były prace wyraźnie gorsze, co osłabiło odbiór jego ciekawej fotografii) oraz mocny i mroczny fotoreportaż Tamása Dezsö o nowobogackich Węgrach.
Dałam pierwszeństwo – raczej na użytek tej recenzji – wystawom czarno-białym. Nie mogę jednak pominąć obecnej na FAF, równie istotnej fotografii barwnej, bez której współczesny świat nie umie się już obejść i która najpełniej wyraża – zwłaszcza od nastania epoki zapisu cyfrowego – impulsywną, postmodernistyczną teraźniejszość. Na pewno godne podziwu były w Bielsku kreacje przybyłego z Bombaju Jatina Kampani, najważniejszego w Indiach fotografa reklamowego: choć jego projekty są przeważnie komercyjne, to nie można im odmówić znaczącej wartości artystycznej. Okazuje się, że te wysmakowane kompozycje nie powstają przy pomocy komputera: fotograficznie są bliskie wczesnemu Horowitzowi, a artystycznie malarstwu – dosłownie, bo część scenografii wyszła spod pędzla doskonałych, młodych malarzy doskonale naśladujących poetykę mistrzów renesansu, baroku czy surrealistów. Projekty Hindusa to eksplozja wyobraźni, która „widzi” więcej – realizowana m.in. przez sztukę ukazuje swą wewnętrzną logikę, zmierza ku klarowności, eliminuje to, co zbędne. (Barbara Skarga*)
Należy też tutaj wspomnieć także o onirycznych pracach Austriaka Helmuta Grilla. Są to komputerowo zmontowane wizerunki makiet dość upiornych, opuszczonych ale zwracających na siebie uwagę neonami budynków, które artysta sam konstruuje. Tworzy je na podstawie zdjęć zapisanych w swoim fotograficznym archiwum; powstają z cegiełek / notatek rzeczywistych zabudowań i pejzaży. Zaglądnąć do tych domów nie sposób – klaustrofobicznie strzegą swojej tajemnicy – w przeciwieństwie do Kubańskich wnętrz Roberta van der Hilsta. Jego sposób fotografowania jest bliski polskim artystom: Weronice Łodzińskiej-Dudzie i Andrzejowi Kramarzowi, których wspólny projekt Dom byłby idealną scenografią – mogłyby nią być także Pokoje panieńskie Łodzińskiej – dla prac Holendra. Ale tylko scenografią, bo Hilst we wnętrzach portretuje ich mieszkańców i przez to jego fotografie stają się jakby uchylonym okienkiem, przez które zaglądamy w zamyślone dusze Kubańczyków.
Gdzieś pomiędzy sytuuje się przejmująca chłodem – dosłownie: uderza w niej zimna szarość czarno-białych i kolorowych fotografii – opowieść o Syberii Gerta Jochemsa. Autor zabiera nas do miejsca, do którego z własnej woli, a tym bardziej dla przyjemności, nikt się nie wybiera. Obcy ludzie na wszelki wypadek nie zwracają uwagi na fotografa. Syberia, w swojej złowrogiej, okrutnej postaci to mroźna lodowata przestrzeń + dyktatura. Czy mój odbiór jest naznaczony historycznie? Tak mogłoby się wydawać. Ale autor tych fotografii jest przecież Belgiem…
Pusty pejzaż z ginącym niewiadomo gdzie horyzontem nie urzeka żadnym przyjaznym człowiekowi elementem. Brzydka architektura – a raczej jej brak: po prostu zabudowania – przestrzega przed wyjściem poza swój krąg jakby mówiła: tu jest okropnie, ale dalej tylko gorzej. Bylejakość, szarość. Tam gdzie jest szarość, wszystko jest szare, nie istnieje żaden wybór, żadna alternatywa.(…) Szarość to jednolitość i jednorodność – niska, płaska, nudna, żadna. Ale jakże władcza, absolutna, despotyczna.
Podobnie jak Jochems, który fragmentami Lapidarium opisał swoje prace użyłam słów Ryszarda Kapuścińskiego. A on z kolei, w zakończeniu swojego Imperium cytuje Turgierniewa dającego obraz Rosji pogrążonej w bezruchu i bezsensie: Twą nędzę, zaduch, nudę, ten sam co dawniej brud / I niewolniczy wzrok to czelny, to zgnębiony / I choć z niewoli został uwolniony / Z wolnością nie wie co ma począć – lud… Rosja, Syberia (w Polsce często używa się nazwy Sybir, co brzmi bardziej złowieszczo) to inny świat. Jak bardzo inny? Wystarczy spojrzeć na prace Charliego Waite’a, którego kolorowe, niezmiernie delikatne pejzaże oderwane są od jakiegokolwiek kontekstu politycznego czy narodowego, a świat na nich obnaża całe swoje piękno.
FotoArtFestiwal to duża rozpiętość tematów i form wypowiedzi poprzez obraz. W jego nazwie dyskretnie zwracają na siebie uwagę trzy literki: ART. Organizatorzy podkreślają, że nie chodzi im o pokazywanie fotografii popularnie zwanej artystyczną – pod tym określeniem kryje się bowiem najczęściej fotografia płaska i płytka, żadna. Celem FAF jest prezentacja fotografii, którą najlepiej opisać słowami Romana Ingardena. Uważał on, że sztuką jest to, co wywołuje/stwarza inny świat; podnosi nas w wymiar, który jest ponad nami, oraz że nie ma dzieła sztuki bez kontekstu. Podkreślał, że istnieje świat fizyczny i intencjonalny: czym innym jest malowidło, a czym innym obraz. Jednym słowem, że w każdym obrazie kryje się obraz utajony. By stworzyć dzieło zasługujące na miano ART trzeba mieć wrażliwość i wyobraźnię, widzące oko i słyszące ucho. I odkryć/nadać sens, bo dzieło sztuki składa się z sensów, a te integrując się – wzmacniają się.
Miejcie oko na międzynarodowe biennale FAF i spotkajmy się w Bielsku Białej w 2011 roku.
Maja Herzog
(tekst miał się ukazać w Biuletynie Fotograficznym 12/2009, ale numer nie wyszedł)
Kraków, listopad 2009
******
*) Barbara Skarga Tercet metafizyczny Wyd. Znak, Kraków 2009
*************************************************************************************************************************